A co jeśli...
A co jeśli... A co jeśli ceną/kosztem (jak zwał tak zwał) za osiągnięcie pozytywnego przełomu w dziedzinie, która jest dla ciebie przysłowiowym "bólem zęba" - czasem znoszonym latami, może już nie do wytrzymania - jest autentyczna zgoda na zmianę głęboko zakorzenionych przekonań i przyzwyczajeń? Nawet tych, z których w momencie podejmowania tej decyzji jeszcze nie zdajesz sobie sprawy.
Zwykle myślimy, że "zmiana na lepsze" jest możliwa tylko wtedy kiedy zmienią się okoliczności: w końcu ktoś mnie doceni w pracy, w końcu mój małżonek zacznie się starać/angażować, w końcu dzieci zaczną mnie słuchać, w końcu "ktoś coś z tym zrobi, bo to dalej już nie może tak być". A co jeśli okoliczności, nawet te najtrudniejsze i wydające się być całkowicie nie do ruszenia są tylko środowiskiem, w którym kształtują się twoje postawy i to tutaj masz największe pole do decyzji i największą siłę sprawczą. A co jeśli większość gromadzonych przez lata przekonań jest z gruntu fałszywa bo wyrosły na bazie tzw. błędów poznawczych? Np. jesteś z gruntu nieufny nie dlatego, że wszyscy wokół nie są godni zaufania ale dlatego, że twoje najdawniejsze, pierwotne doświadczenie w obszarze zaufania było negatywne i teraz całe życie projektujesz to na każdą kolejną sytuację?
Latami nawarstwiające się przekonania tworzą naszą tożsamość, a tej z kolei jesteśmy skłonni bronić jak niepodległości, bo potrzeba tożsamości jest głęboko zakorzeniona w człowieku. Ale stąd już krótka droga do ego - czyli konsekwentnego odrzucania zgodny na jakąkolwiek zmianę przekonań. A ego to pycha, a pycha to... grzech! Tak, tak - takie staroświeckie, niemodne słowo - grzech. Bo grzech to nie jest tylko złamanie przykazania - to coś o wiele więcej - to realna manifestacja buntu wobec Boga i jego woli. Niezbity dowód na to, że nie masz relacji z Bogiem - sorry jeśli to kogoś dotyka ale to nie ja tak mówię tylko Słowo Boże (1 List Jana 3:8). I właśnie dlatego "(...) Bóg się pysznym przeciwstawia, a pokornym okazuję łaskę" (List Św. Jakuba 4:6). Tak więc oczekiwanie, że "ktoś (Bóg) coś z tym w końcu zrobi" bez gotowości do zweryfikowania własnych przekonań jest tylko zaklinaniem rzeczywistości, nawet jest używamy do tego chrześcijańskiej nomenklatury.
Z kolei autentyczna gotowość to zweryfikowania przekonań otwiera drogę do pełnego przyjęcia nowej tożsamości, która pochodzi z góry, od Boga i jest niepodważalna: "Ojciec zaś powiedział do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; włóżcie pierścień na jego rękę i sandały na nogi." (Ew. Łukasza 15:22)
Paradoks: dlaczego Mojżesz mógł napisać sam o sobie, że: "(...) był najpokorniejszym, ze wszystkich ludzi" - Ks. Liczb 12:3? Przecież to bez sensu - to się wyklucza - jeśli ktoś tak pisze sam o sobie to nie może taki być! Sęk w tym, że Mojżesz miał niezbity dowód na to, że w istocie rzeczy tak właśnie było. Jaki to dowód? Ano taki, że Bóg pozwolił mu rozmawiać ze sobą twarzą w twarz - tak jak się rozmawia z przyjacielem (Ks. Wyjścia 33:11). Bóg wybrał cały naród ale tylko jeden człowiek był na tyle pokorny, żeby móc tak z Nim rozmawiać. Jaką cenę za to zapłacił? Właśnie cenę przekonań. Tylko jeden człowiek był w tym lepszy od Mojżesza - zgadnij kto.
A co jeśli... a co jeśli ty też możesz być jak Mojżesz? Może nawet trochę taki, jak ten który był niewątpliwie jeszcze pokorniejszy od Mojżesza - na co miał dokładnie taki sam dowód jak Mojżesz - tylko jeszcze większą relację z Ojcem. Trzeba "tylko" zrezygnować z własnych przekonań. Jak powiada klasyk: to jest proste ale nie jest łatwe. Ale jest możliwe. Jeśli "ceną" za bliską relację z Bogiem, której pośrednim efektem może być również zmiana okoliczności (taki dodatkowy bonus), jest zmiana moich przekonań, mojego światopoglądu, moich nawyków - czyli krótko mówiąc: wyzbycie się ego - to jest to cena, której głupotą byłoby nie chcieć zapłacić. Wierzę, że tym właśnie jest "krzyżowanie cielesnych pożądliwości / niesienie własnego krzyża / zrzucanie starego człowieka", a nie jakimś emocjonalnym samobiczowaniem w bezradności wobec swoich niedomagań - "takim mnie Boże stworzyłeś to takiego mnie masz". Uf, uf - nie wiesz przez co ja przeszedłem.... Serio?, wszechwiedzący Bóg tego nie wie? A może ty wierzysz w jakiegoś innego boga, który wcale nie jest wszechmocny i wszechwiedzący. Nie przejmuj się - ja też tak miałem ale przyszła łaska, żeby się opamiętać i nawrócić do Tego, który faktycznie jest i wszechmocny i wszechwiedzący. Lata temu, kiedy dopiero zaczynała się nieporadnie kształtować moja pierwotna wiara usłyszałem zdanie, które przez wiele następnych lat nie dawało mi spokoju. Człowiek, którego uważam za swojego pierwszego ojca duchowego, pastor Ireneusz Zeifert powiedział mniej więcej coś takiego: "Panie, jeśli dasz mi do zrozumienia, że potrzebuję zweryfikować swoje przekonania w jakiejkolwiek dziedzinie - to jestem gotów to zrobić ze względu na Ciebie!" (parafrazuję z powodu upływu czasu). Wtedy byłem lekko zszokowany, że człowiek o "takiej pozycji w kościele", taki poukładany, taki... że tylko brać z niego przykład - mówi coś takiego! Wtedy byłem zaintrygowany choć nie rozumiałem do końca. Dzisiaj rozumiem. Aha, - może myślisz, że nie masz ego albo w najlepszym razie, że masz tylko takie malutkie, prawie niezauważalne. Też tak myślałem. Myślałem, że jestem drugi po Mojżeszu, trzeci po Jezusie. Jeśli gdzieś z tyłu głowy masz taką myśl - to zapewniam cię, że masz ego - większe niż ci się wydaje. Nie na darmo Słowo kategorycznie stwierdza, że "WSZYSCY zgrzeszyli (...)" (List Św. Pawła do Rzymian 3:23) skutkiem czego, parafrazując - utracili realną możliwość relacji z Bogiem. Jeszcze raz - głupotą jest nie chcieć zapłacić tej ceny. Dlatego pokorny będzie się modlił: "otwórz me oczy, Panie, bo wiem, że nie widzę", pyszny pozostanie w przekonaniu, że wie (widzi) i nie potrzebuje Bożej interwencji.


Komentarze
Prześlij komentarz