Spokojnie, to tylko panika
Dlatego, żeby naprawdę nie panikować potrzebujemy czegoś znacznie większego niż wypowiadanie zaklęć w stylu: "spokojnie, bez paniki, będzie dobrze". Może będzie, a może nie będzie. I co wtedy? Potrzebujemy czegoś "spoza" człowieka i jego możliwości, czegoś bezdyskusyjnie ponadnaturalnego:
"Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka." - Ewangelia Św. Jana 14:7
"A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie." - List do Filipian 4:7
Jeżeli nie masz takiego pokoju, a chciałbyś mieć, to zapewniam cię, że to jest możliwe choć ma swoją "cenę", którą tylko nieliczni chcą płacić. Napisałem "cenę" w cudzysłowie, bo dla tych, którzy ją płacą nie jest już żadnym ciężarem ale raczej przywilejem. Tą "ceną" jest autentyczne i bezwarunkowe poddanie swojego życia Chrystusowi. Nie chodzi o wiarę w samo istnienie Boga, bo taka wiara nie jest niczym szczególnym, nie robi żadnego wrażenia na Bogu, a z chełpienia się nią czy samousprawiedliwiania przy jej pomocy samo Słowo Boże wręcz kpi w pewnym sensie (patrz List Św. Jakuba 2:19). Wybaczcie mi, ci których to może jakoś uraża ale tak mówi Słowo. Tymczasem chodzi o wiarę w to, że rzeczy w istocie tak się mają jak to opisuje Słowo Boże.
I tutaj właśnie zaczynają się przysłowiowe "schody". Wiem dobrze o czym piszę, bo sam przez wiele lat deklarowałem się jako osoba wierząca ale moje życie wcale tego nie potwierdzało. Słowo Boże mówi, że Królestwo Boże, które jest w wierzących to: "(...) sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym" - Rzymian 14:7. Czy tych rzeczy nie było w ogóle w moim życiu? Były, owszem, ale nie miały trwałego charakteru wynikającego z ponadnaturalnego pochodzenia. Ta nietrwałość połączona z fałszywym przekonaniem, że sam sobie poradzę z własnymi niedomaganiami ostatecznie doprowadziła mnie do miejsca autentycznej bezsilności wobec własnych ograniczeń. Mimo, że od momentu, kiedy pierwszy raz powierzyłem świadomie swoje życie Chrystusowi, zdążyło upłynąć wiele lat, dopiero w miejscu tej bezsilności zawołałem do Pana, z pełnym przekonaniem, że tylko jego ponadnaturalna ingerencja może w zmienić rzeczy w trwały sposób.
Drogi przyjacielu, który zadałeś sobie trud przeczytania tego tekstu aż do tego miejsca: są tylko dwie możliwości: albo samo doskonale rozumiesz o czym tu mowa albo nie masz takiego doświadczenia. Ten drugi przypadek, również dzieli się na dwie kolejne możliwości: możesz wzruszyć ramionami i pomyśleć, że to jakiś nawiedzony bełkot i skrolować dalej albo... może w twoim sercu pojawia się jakaś iskierka pragnienia, żeby też doświadczyć czegoś podobnego. Więc jeżeli przebrnąłeś, aż do tego miejsca, to ręczę i zapewniam - jeżeli tylko autentycznie i bezwarunkowo powierzysz swoje życie Chrystusowi - to nie ma takiej możliwości abyś prędzej czy później nie doświadczył realnej zmiany w swoim życiu - twojego, indywidualnie dopasowanego do ciebie wariantu "sprawiedliwości, pokoju i radości". Jeśli jeszcze pojawia się pytanie co rozumiem poprzez "autentyczne i bezwarunkowe" poddanie życia Chrystusowi, to spróbuję to wyjaśnić następnym razem. Dobrego dnia!


Komentarze
Prześlij komentarz