Ta choroba nie jest na śmierć
Nie wiem czy znaleźliście się kiedykolwiek w następującej sytuacji: jesteście świadkami dyskusji / sporu / kłótni między dwiema osobami, które nijak nie mogą dojść do porozumienia ale wy macie nieodparte wrażenie, że w gruncie rzeczy stanowiska obu tych osób wcale nie są od siebie bardzo odległe, a jedynie osoby te mają ewidentny problem z komunikacją. Używają tych samych pojęć ale każda z tych nich wydaje się je rozumieć w na tyle odmienny sposób, że to właśnie jest główną przyczyną braku porozumienia, bardziej niż sama różnica zdań. Ja wielokrotnie byłem w takiej sytuacji i za każdym razem byłem pewien, że gdyby przed samą dyskusją udało się uzgodnić wspólny słownik pojęć to byłaby to już połowa drogi do porozumienia. Jednocześnie studiując Biblię odkrywam, że jest całe mnóstwo fundamentalnych pojęć, takich jak: miłość, zbawienie, grzech, przebaczenie, dobro, zło itd., które człowiek nie korzystający z objawienia jakie daje Duch Święty może rozumieć zasadniczo inaczej niż to co ma “na myśli” Bóg. Skąd to wiem? Bo sam tak miałem.
Zanim autentycznie poddałem swoje życie Chrystusowi uważałem siebie za chrześcijanina, który po prostu chce Bogu służyć najlepiej jak potrafi i z tej pozycji czytałem Słowo Boże, studiowałem je i nawet próbowałem je głosić innym i nauczać w oparciu o nie. Kiedy jednak Duch Święty skonfrontował moją wiarę i moje przekonania odkryłem, że bardziej niż Słowu wierzyłem swoim prywatnym interpretacjom tegoż Słowa i ostatecznie przyznałem coś co wcześniej siedziało gdzieś z tyłu głowy, a co bałem się przyznać nawet sam przed sobą - że coś mi w tej biblijnej układance nie do końca pasuje. Trochę jakbym próbował ułożyć puzzle patrząc na niewłaściwy obrazek. Ale kiedy przyszła przemiana to razem z nią Duch zaczął mi również objawiać o co tak naprawdę w Słowie chodzi i pokazywać właściwe znacznie kolejnych pojęć z listy tych fundamentalnych. “Lecz gdy przyjdzie On, Duch Prawdy, wprowadzi was we wszelką prawdę (...)” - Ewangelia Jana 16:13.
Co więcej, w ramach tego objawienia zobaczyłem, że pierwszym, zasadniczym powodem dla którego ludzie odrzucają Ewangelię jest to, że po prostu nie rozumieją o co w niej chodzi: “Do każdego, kto słucha słowa o Królestwie, i NIE ROZUMIE go, przychodzi zły i porywa to, co jest zasiane w jego sercu. To jest ten, który posiany jest obok drogi." (Ewangelia Mateusza 13:19). A dlaczego nie rozumie? Wcale nie dlatego, że jest za mało inteligentny żeby zrozumieć bo z jakichś przyczyn Słowo mówi, że akurat zbytnia inteligencja może być przeszkodą w jego przyjęciu (Ewangelia Mateusza 11:25). Nie rozumie zatem, bo najprawdopodobniej… operuje innym słownikiem pojęć.
Jak już jesteśmy przy Ewangelii - jej rozumieniu i przyjmowaniu. Oryginalnie słowo ewangelia to po grecku euangelion czyli dosłownie "dobra nowina". Dobra nowina może tylko i wyłącznie być dla kogoś dobrą nowiną o ile w jego rozumieniu znosi ona konsekwencje wcześniej uświadomionej “złej” nowiny . Jeżeli nie dotarła do mnie informacja “złej” nowiny to ta “dobra” nie zrobi na mnie żadnego wrażenia gdyż żadną miarą nie będę umiał odnieść jej do siebie. Jak zatem brzmi ta zła nowina (celowo opuszczam już cudzysłów)? Ano tak, że "Wszyscy zgrzeszyli i wszyscy są pozbawieni chwały Bożej" (List do Rzymian 3:23), “Odpowiedział im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu." (Ewangelia Jana 8:34).
No i jak? Przeraża cię to czy wzruszasz ramionami? Jeśli to drugie, to śmiem twierdzić, że pierwszym pojęciem, który ma inne znaczenie w twoim słowniku pojęć jest słowo GRZECH. To chyba jedno z najbardziej opacznie rozumianych pojęć z tych fundamentalnych.
Spróbujmy mu się trochę przyjrzeć poprzez pewną analogię, którą jakiś czas temu zainspirował mnie Duch Święty, a która to analogia mnie samemu pozwoliła lepiej zrozumieć czym jest grzech. Zanim przejdę do przedstawienia tej analogii chciałbym zwrócić uwagę, że słowo grzech należy rozumieć zarówno jako pewien akt jak i jako pewną postawę - stan serca. I obie te interpretacje są ze sobą nierozerwalnie związane. Wyobraź sobie, że przedstawiono ci diagnozę mówiącą, że jesteś chory ale co ciekawe… nie masz absolutnie żadnych ale to żadnych objawów. Pytanie - czy rzeczywiście jesteś chory? Jeśli tak, to powinieneś mieć jakieś objawy, które choć w minimalnym stopniu ale jednak uprzykrzają ci życie. Gdyby była taka diagnoza, a ty nie miałbyś absolutnie żadnych objawów, a co więcej - otrzymałbyś zapewnienie, że te nigdy w przyszłości się nie pojawią - to czy w ogóle przejmowałbyś się taką diagnozą? Czy myślałbyś o sobie jako o osobie chorej, wymagającej leczenia? Bez objawów nie, ale jeśli tylko pojawiłyby się jakiekolwiek objawy to by całkowicie zmieniło postać rzeczy. Choroba ma zawsze jakieś objawy ale, uwaga… objawy to nie jest jeszcze cała choroba! Owszem - to jest to, co odczuwamy bezpośrednio, to co uprzykrza nam życie, to czego chcielibyśmy się jak najszybciej pozbyć, to co w skrajnym przypadku uniemożliwia nam funkcjonowanie - “przykuwa” nas do łóżka. Ale objawy to wciąż nie jest choroba jako taka - możemy złagodzić lub wręcz usunąć niektóre najbardziej uciążliwe objawy, a w praktyce dalej być chorymi. Zasadniczo leczenie powinno zmierzać do usunięcia przyczyny choroby - jeśli to nastąpi to siłą rzeczy objawy też ustąpią ale jeśli usuniemy tylko część objawów lub je złagodzimy, a nie usuniemy przyczyny, to dalej jesteśmy chorzy tylko odrobinę mniej cierpimy.
Wracając do samego grzechu: w naszej, że tak to nazwę, strefie kulturowej grzech jest w pierwszej kolejności rozumiany jako złamanie przykazania, a przykazania z kolei są rozumiane jako pewien zestaw norm zachowań. Jeśli ktoś utożsamia się się z tym zestawem norm, to złamanie przykazania będzie odbierał jako coś złego; jeśli ktoś z kolei nie utożsamia się, to nie będzie widział żadnego problemu w grzechu - proste. Ale spróbujmy na to spojrzeć nieco inaczej - grzech rozumiany jako akt - złamanie przykazania - to objaw. Przykazania, normy które Bóg przedstawia w swoim Słowie - to swoista ankieta do wypełnienia w gabinecie lekarskim. Masz całą listę i stawiasz znaczek przy tych punktach, które tobie “się zdarzają”. To twoje objawy. Nie masz żadnych? Absolutnie żadnych? W takim razie czynisz z Boga kłamcę (1 List Jana 1:10). Pamiętaj, że Pan Jezus podniósł poprzeczkę i zaostrzył kryteria. Celowo pominę przykład z patrzeniem na kobiety, a zamiast tego dam ten: “Lecz ja wam mówię: Każdy, kto się gniewa na swego brata bez przyczyny, podlega sądowi, a kto powie swemu bratu: Raka (ty debilu - tłumcz. własne), podlega Radzie, a kto powie: Głupcze, podlega karze ognia piekielnego." (Ewangelia Mateusza 5:22) A jak teraz? Naprawdę nigdy ci się nie zdarzyło powiedzieć tak do nikogo? A może nie powiedziałeś tak ale sobie pomyślałeś? Też zaznacz odpowiednią kratkę w tej ankiecie, gdyż Słowo Boże niestety stawia znak równości pomiędzy myślą (zamiarem), a czynem (Ewangelia Marka 7:21, List do Hebrajczyków 4:12). Jeśli pomyślałeś coś, to oznacza, że potencjalnie możesz to wprowadzić w czyn - to jakby równia pochyła, z której nie ma odwrotu. Jeżeli uważasz, że to zbyt daleko posunięte i się z tym nie zgadzasz, to mimo wszystko doczytaj do końca bo jeszcze do tego wrócę, a tymczasowo zaznacz odpowiednią kratkę. Koniec końców - na pewno masz jakieś “objawy”.
Pierwsza reakcja - cóż w tym strasznego skoro wszyscy jakieś mają ale moje przynajmniej nie są takie złe (uciążliwe). Ja mam tylko katar i czasem kicham (często plotkuję i czasem przeklnę) ale z tym da się jakoś żyć w przeciwieństwie do tego, którego objawy nie pozwalają w ogóle normalnie funkcjonować (jak ten pijak z sąsiedztwa albo daleki kuzyn co siedzi za rozboje i kradzieże). Tylko że Bóg nie chce aby ktokolwiek z kimkolwiek licytował się na uciążliwość objawów (Ewangelia Łukasza 6:42, 18:10-14) bo przez takie licytowanie się odrzucasz diagnozę, mówiącą że jesteś chory -”Jeżeli bowiem ktoś tylko przysłuchuje się Słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do męża oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był.” (List Jakuba 1:23-24). No OK, powiesz, mam jakieś objawy więc na coś tam jestem chory. Ale co to za choroba? Póki co żyję i mam się nieźle. Jeżeli zgodziłeś się już z tym, że masz jakieś objawy (grzech jako akt) i na coś jesteś chory (grzech jako stan, postawa serca) to czas zrozumieć czym jest ten stan chorobowy i jakie są rokowania.
Zgodnie ze Słowem Bożym - sam fakt, że jesteś zdolny do popełniania grzechu (a to już wykazaliśmy) implikuje, że w kategoriach duchowych twoja osoba (istota tego kim jesteś) znajduje się w stanie naturalnego buntu przeciwko Bogu. To jest właśnie ta choroba, to jest grzech jako stan. Co więcej, stan ten ostatecznie doprowadzi cię do śmierci wiecznej bo w tym stanie nie możesz nawet zbliżyć się do Chwały Boga. Nie ma innej alternatywy ani innej możliwości. Nie ma znaczenia czy w to wierzysz czy nie. To są nieuchronne konsekwencje wynikające z porządku rzeczy ustalonego przez wszechmocnego i suwerennego Boga, który jest święty i nie odda swojej chwały nikomu (Izajasz 48:11). A dopuszczenie do swojej obecności tych, którzy mu się buntują, byłoby właśnie czymś takim.
Wracając na chwilę to tej wcześniejszej kwestii mówiącej, że Słowo Boże zrównuje zamiar (myśl) z czynem, a z którą może nie chciałeś się zgodzić. Jeżeli dotarłeś do tego miejsca, to stwierdzenie, że jesteś w stanie permanentnego buntu wobec Boga też może się wydawać nieco radykalne. Ale cóż - paradoks polega na tym, że odrzucając Boży punkt widzenia na te kwestie automatycznie potwierdzasz tylko, że właśnie jesteś w takim buncie - buncie przeciwko Słowu! (List do Rzymian 6:16) Paradoksalnie swoim buntem przeciwko Słowu - temu jak ono definiuje rzeczywistość duchową - potwierdzasz jego prawdziwość bo właśnie o tym ono mówi, jakkolwiek radykalnie by to nie brzmiało: “Kto grzeszy, jest dzieckiem diabła, ponieważ diabeł trwa w grzechu od początku. (...)" (1 List Jana 3:8)
Wracając jeszcze do tej medycznej analogii - ta choroba ma jeszcze kilka istotnych cech, o których należy wspomnieć. Po pierwsze - nie ma możliwości aby samodzielnie się z niej całkowicie i skutecznie wyleczyć - na całym świecie (podkreślam) nie ma na nią lekarstwa ani terapii. Ale z drugiej strony można znaleźć wiele skutecznych sposobów łagodzenia objawów, na tyle aby naprawdę nieźle funkcjonować: praca nad sobą, psychoterapia, terapie małżeńskie, terapie uzależnień, samorozwój, samodoskonalenie, medytacja itp. itd. I teraz bardzo ważne: to są DOBRE rzeczy i naprawdę działają! Ale one “aż” i “tylko” łagodzą objawy, uśmierzają ból, redukują dyskomfort, pozwalają funkcjonować ale prawda jest taka, że jeżeli nie zostaniesz uzdrowiony to dalej jesteś chory (chociaż lepiej funkcjonujący) i ostateczne skutki tej choroby pozostają nieuchronne.
To właśnie objawienie tego, czym są duchowe skutki tej choroby grzechu, jest tym właściwym rozumieniem tego pojęcia. Objawy są przykre, da się je złagodzić ale prawdziwym problemem nie są objawy ale to, że nadal jesteś chory i nie możesz nic z tym zrobić. Absolutnie nic. To w pewnym sensie nawet nie jest twoja wina. Jesteś po prostu tym niewolnikiem, o którym pisałem w poprzednim felietonie. To jest właśnie ta zła nowina. Bez jej zrozumienia nie jesteś nawet w stanie pragnąć usłyszeć dobrej nowiny - Ewangelii - czyli informacji o tym, jak można zostać trwale i skutecznie UZDROWIONYM z tego stanu. Po prostu nie rozumiesz diagnozy, która została ci przedstawiona. Naprawdę umrzesz. Chociaż wcale nie musisz. A to z kolei jest początek Dobrej Nowiny…


Komentarze
Prześlij komentarz